Czy na całym świecie istnieją tłumacze przysięgli? Niekoniecznie. I mówi to dużo o różnych kulturach

Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Polak przeprowadza się za granicę i musi przedstawić akt urodzenia. Dokument jest po polsku, urzędnik języka polskiego nie zna. Skąd ma wiedzieć, że angielska, włoska czy japońska wersja rzeczywiście mówi to samo?

W Polsce odpowiedź wydaje nam się oczywista: od tego jest tłumacz przysięgły. Państwo najpierw sprawdza jego kwalifikacje na egzaminie, wpisuje go na oficjalną listę, a później ufa jego podpisowi i pieczęci.

Tyle że to wcale nie jest oczywiste dla reszty świata.

We Włoszech tłumacz może iść do sądu i przysiąc, że konkretne tłumaczenie wykonał wiernie. W Ukrainie jego podpis może uwierzytelnić notariusz. W Wielkiej Brytanii często wystarczy deklaracja samego tłumacza. W Japonii istnieją procedury, w których tłumaczenie przygotowuje sam właściciel dokumentu. W Indiach nawet notariusz może tłumaczyć i weryfikować tłumaczenia. A w Kolumbii kompetencje oficjalnego tłumacza mogą potwierdzać uprawnione uczelnie.

Każdy z tych systemów próbuje rozwiązać dokładnie ten sam problem. Różni się odpowiedź na jedno pytanie:

Komu państwo powinno zaufać?

I właśnie tutaj tłumaczenia zaczynają opowiadać nie tylko o językach, lecz także trochę o kulturze prawa, administracji i podejściu do odpowiedzialności.

Polska: najpierw sprawdzimy człowieka, później zaufamy jego pieczęci

Polski system lubi jasno określone uprawnienia. Nie wystarczy świetnie znać angielski, francuski czy chiński i zawodowo tłumaczyć od dwudziestu lat.

Aby zostać tłumaczem przysięgłym, trzeba spełnić ustawowe warunki, zdać państwowy egzamin i znaleźć się na liście prowadzonej przez Ministerstwo Sprawiedliwości.

Dopiero wtedy tłumacz dostaje szczególne uprawnienie.

Logika jest więc prosta:

sprawdzamy człowieka → nadajemy mu status → później uznajemy dokumenty, które poświadcza.

Dzięki temu polski tłumacz przysięgły nie musi przy każdym akcie urodzenia jechać do sądu i przekonywać urzędnika: „Naprawdę znam niemiecki”.

Państwo zrobiło to wcześniej.

To rozwiązanie wydaje się nam tak naturalne, że określenia „tłumaczenie urzędowe”, „certified translation” czy „official translation” łatwo traktujemy jako zagraniczne odpowiedniki naszego „tłumaczenia przysięgłego”.

I właśnie tutaj zaczynają się kłopoty.

Ukraina: zaufanie buduje notariusz

Jedziemy kilkaset kilometrów na wschód i system wygląda już inaczej.

Ukraina nie stworzyła zawodu będącego prostym odpowiednikiem polskiego tłumacza przysięgłego. Dużo ważniejszą postacią w całej procedurze jest notariusz.

Jeśli zna język dokumentu i język przekładu, może sam poświadczyć prawidłowość tłumaczenia.

Ale wyobraźmy sobie notariusza w Kijowie, przed którym ktoś kładzie dokument po fińsku. Notariusz nie zna fińskiego. Co wtedy?

Dokument tłumaczy inna osoba. Tłumacz przedstawia dokument tożsamości oraz dokument potwierdzający jego kwalifikacje i podpisuje przekład. Notariusz może następnie poświadczyć autentyczność podpisu tłumacza.

To subtelna, ale ważna różnica.

Notariusz nie udaje, że zna fiński. Nie mówi:

„Przeczytałem oba teksty i wszystko się zgadza”.

W takim przypadku potwierdza autentyczność podpisu osoby, która wykonała przekład.

Powstaje więc cały łańcuch zaufania:

dokument → tłumacz → jego kwalifikacje i odpowiedzialność → notariusz → uwierzytelnienie.

Dobrze pokazuje to szerszą rolę notariatu w systemach prawnych Europy kontynentalnej: zamiast tworzyć osobny regulowany zawód dla każdej czynności, wiarygodność dokumentu może zostać zbudowana poprzez udział osoby pełniącej funkcję publicznego gwaranta.

I nagle określenie „tłumaczenie notarialne”, spotykane w Ukrainie, zaczyna mieć sens.

Notariusz zazwyczaj wcale nie jest tłumaczem.

Włochy: nie sprawdzimy cię raz. Przysięgnij przy tym konkretnym tłumaczeniu

Włochy są chyba najbardziej teatralnym przykładem.

Mamy tłumacza. Mamy dokument. Mamy sąd. Mamy urzędnika. I mamy… przysięgę.

W procedurze asseverazione tłumacz bierze odpowiedzialność za zgodność konkretnego przekładu z oryginałem, podpisując protokół przysięgi przed urzędnikiem.

I teraz rzecz, która dla Polaka może być zaskakująca: według informacji m.in. sądów w Turynie, Bolonii czy Neapolu tłumacz dokonujący takiego zaprzysiężenia nie zawsze musi należeć do specjalnego rejestru zawodowego. W określonych procedurach może nim być również osoba niewpisana do rejestru, która ma odpowiednie kompetencje.

Ciężar systemu został więc przesunięty.

Polska mówi mniej więcej:

„Sprawdziliśmy cię wcześniej. Od teraz możesz poświadczać swoje tłumaczenia”.

Włoska asseverazione mówi:

„Stań przed urzędnikiem i weź odpowiedzialność za ten konkretny dokument”.

Co więcej, np. w Turynie podpis pod protokołem składa się w obecności urzędnika, a dokument źródłowy, tłumaczenie i protokół przysięgi tworzą jeden komplet.

To brzmi romantycznie, dopóki nie wyobrazimy sobie tłumacza mającego do zaprzysiężenia kilkanaście dokumentów.

Wtedy robi się zdecydowanie mniej romantycznie.

Włoskie rozwiązanie ma jednak głębszy sens prawny: źródłem wiarygodności staje się formalne przyjęcie osobistej odpowiedzialności za konkretną czynność, a fałszywe oświadczenie może rodzić odpowiedzialność karną.

Wielka Brytania: podpisz się pod tym, co zrobiłeś

Przeprawiamy się przez kanał La Manche i atmosfera nagle się zmienia.

Brytyjski rząd wyjaśnia, że jeżeli potrzebne jest certyfikowane tłumaczenie dokumentu, tłumacz powinien potwierdzić na piśmie, że jest ono wiernym i prawidłowym przekładem oryginału, podać datę oraz swoje pełne dane i dane kontaktowe. Konkretna instytucja może oczywiście stawiać dodatkowe wymagania.

Nie trzeba więc automatycznie szukać brytyjskiego odpowiednika polskiego tłumacza przysięgłego.

To ciekawie pasuje do tradycji common law, w której ogromne znaczenie mają deklaracje, odpowiedzialność konkretnej osoby i wymagania konkretnej procedury, zamiast jednego kodeksowego rozwiązania obowiązującego we wszystkich możliwych sytuacjach.

Nie wyciągałbym z tego wniosku, że „Brytyjczycy bardziej ufają ludziom”. System prawny jest na to zdecydowanie zbyt skomplikowany.

Ale filozofia jest rzeczywiście inna.

W Polsce ważne jest pytanie:

„Czy jesteś tłumaczem przysięgłym?”

W Wielkiej Brytanii częściej może pojawić się pytanie:

„Kto wykonał to tłumaczenie i czy bierze za nie odpowiedzialność?”

Japonia: a może przetłumacz sobie sam?

I dochodzimy do mojego ulubionego przykładu.

Japonia kojarzy się Europejczykom z niezwykle sformalizowanym społeczeństwem. Pieczęcie hanko, formularze, hierarchia, procedury, przywiązanie do poprawnej formy.

Można byłoby więc oczekiwać systemu tłumaczeń urzędowych jeszcze bardziej sformalizowanego niż polski.

Tymczasem nie istnieje jeden japoński zawód będący odpowiednikiem naszego tłumacza przysięgłego, który rozwiązywałby wszystkie sytuacje.

A jedna z japońskich procedur konsularnych wygląda wręcz zadziwiająco.

Ambasada Japonii w Mongolii opisuje usługę translation certificate dla japońskich dokumentów urzędowych. I kto przygotowuje zagraniczne tłumaczenie?

Wnioskodawca.

Oficjalna instrukcja mówi wprost, że tłumaczenie z japońskiego na język obcy przygotowuje osoba składająca wniosek, a przedstawicielstwo poświadcza, że przekład jest wierny oryginalnemu japońskiemu dokumentowi urzędowemu.

To nie oznacza oczywiście, że „w Japonii każdy może sobie tłumaczyć wszystkie dokumenty urzędowe”. To konkretna procedura konsularna i konkretne rodzaje dokumentów.

Ale świetnie pokazuje inną możliwość zbudowania zaufania.

Nie musimy koniecznie certyfikować człowieka, który tłumaczy. Możemy zweryfikować rezultat.

I tutaj warto oprzeć się pokusie prostego stereotypu: „Japończycy ufają obywatelom, więc pozwalają im tłumaczyć samodzielnie”. Sam przepis tego nie dowodzi.

Można jednak zauważyć coś ciekawszego. Odpowiedzialność została rozdzielona. Obywatel przygotowuje treść, ale ostatecznego urzędowego znaczenia nie nadaje jej sam. Robi to organ, który poświadcza przekład.

To inna droga do tego samego celu.

Indie: a może nie rozdzielajmy notariusza od tłumacza?

Indie przynoszą kolejny zwrot akcji.

To kraj mający 22 języki wymienione w VIII załączniku do konstytucji, setki innych języków i odmian oraz administrację działającą na poziomie federalnym i stanowym. Próba stworzenia jednej prostej reguły dotyczącej wszystkich tłumaczeń urzędowych byłaby więc ryzykowna.

Nie ma tam jednego prostego odpowiednika polskiego tłumacza przysięgłego.

Ale indyjskie prawo notarialne przewiduje coś, co z polskiej perspektywy wygląda nietypowo: do funkcji notariusza należy również tłumaczenie dokumentów z jednego języka na drugi oraz weryfikowanie tłumaczeń. Tak kompetencje notariuszy opisuje m.in. oficjalny departament prawa stanu Odisha.

U nas role są bardzo wyraźnie rozdzielone:

tłumacz tłumaczy, notariusz wykonuje czynności notarialne.

W Indiach granica może przebiegać inaczej.

I być może właśnie Indie najlepiej pokazują, dlaczego nie powinniśmy jechać po świecie z polskim pojęciem „tłumacza przysięgłego” i szukać jego lokalnego odpowiednika.

Czasami odpowiednika po prostu nie ma, bo państwo inaczej podzieliło role.

Kolumbia: sprawdzanie tłumaczy? Niech zrobią to uczelnie

Kolumbia znalazła jeszcze inną odpowiedź.

Ma „traductores oficiales”, czyli tłumaczy oficjalnych. Na pierwszy rzut oka brzmi znajomo.

Ale kto sprawdza, czy ktoś rzeczywiście może nim zostać?

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Kolumbii wyjaśnia coś zaskakującego: samo nie certyfikuje kompetencji tłumaczy oficjalnych i nie prowadzi ich państwowej listy. Odpowiednie kompetencje są uznawane lub certyfikowane przez uprawnione instytucje szkolnictwa wyższego.

To właściwie całkiem elegancka konstrukcja.

Państwo mówi w uproszczeniu:

„Nie musimy sami egzaminować specjalistów od kilkudziesięciu języków. Mamy od tego instytucje, które zajmują się ocenianiem wiedzy i kompetencji”.

Jeżeli taki oficjalny tłumacz wykona w Kolumbii tłumaczenie przeznaczone do wykorzystania w tym kraju, od grudnia 2020 roku nie trzeba dodatkowo apostillować ani legalizować samego przekładu — podpis tłumacza oficjalnego jest już ważny na terytorium Kolumbii.

Ale gdy tłumaczenie jedzie za granicę, sytuacja się zmienia: przed apostille lub legalizacją podpis tłumacza musi zostać rozpoznany przez notariusza.

Jakby państwo mówiło:

„My mu ufamy. Ale jeśli chcecie, żeby zaufał mu również ktoś za granicą, dołóżmy jeszcze jedno ogniwo”.

Tajlandia: a może najlepsze tłumaczenie to takie, którego nie trzeba robić?

Tajlandia daje nam jeszcze inny pomysł.

Przy legalizacji tłumaczeń tajski–angielski tłumacz podpisuje potwierdzenie poprawności przekładu. Od 10 lutego 2026 roku musi też dołączyć kopię ważnego dokumentu tożsamości wydanego przez organ państwowy.

Ale znacznie ciekawsze jest coś innego.

Tajlandzkie Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że 30 rodzajów dokumentów urzędowych można obecnie uzyskać bezpośrednio w języku angielskim w urzędach w całym kraju. Dotyczy to m.in. dokumentów rejestracyjnych; oficjalne instrukcje wskazują możliwość otrzymania angielskich wersji np. określonych aktów urodzenia czy dokumentów dotyczących stanu cywilnego.

I tutaj pojawia się przewrotne pytanie:

Czy najnowocześniejszym systemem tłumaczeń urzędowych nie jest przypadkiem brak tłumaczeń urzędowych?

Akt urodzenia, małżeństwa czy inny typowy dokument ma przecież bardzo przewidywalną treść. Zamiast tysiące razy płacić ludziom za tłumaczenie tych samych rubryk, państwo może stworzyć oficjalną wersję angielską.

Problem znika u źródła.

W Europie zresztą znamy podobny kierunek z wielojęzycznych formularzy i dokumentów stosowanych między państwami.

Być może za kilkadziesiąt lat właśnie ta część dzisiejszej pracy tłumaczy będzie wyglądała dla naszych wnuków równie osobliwie, jak dla nas dokumenty przepisywane kiedyś ręcznie przez urzędników.

Singapur: nie ufamy jednej pieczęci. Budujemy łańcuch

Na koniec Singapur — państwo, które słynie ze sprawnej administracji i bardzo pragmatycznego podejścia do organizacji instytucji.

I jego system dobrze pasuje do tego obrazu, choć również tutaj warto mówić o rozwiązaniu administracyjnym, a nie próbować z jednego przepisu wyprowadzać charakter całego narodu.

Singapurski Immigration & Checkpoints Authority akceptuje kilka dróg.

Tłumaczenie może przygotować ambasada państwa, które wystawiło dokument. Może je sporządzić notariusz. Może też powstać prywatnie, pod warunkiem że następnie zostanie poświadczone przez właściwą ambasadę albo notariusza.

To niemal inżynierskie podejście do zaufania.

Nie musimy mieć jednej szczególnej osoby, której wierzymy zawsze.

Możemy stworzyć łańcuch, w którym kolejne ogniwa potwierdzają poprzednie.

Tłumacz przygotowuje tekst. Notariusz lub ambasada dodaje swoją wiarygodność. Urząd wie, jaką ścieżką dokument do niego dotarł.

Trochę jak system zabezpieczeń, w którym ważniejsze od jednej wyjątkowej pieczęci jest to, czy można prześledzić drogę dokumentu.

Jeden akt urodzenia, osiem różnych pomysłów na zaufanie

I tutaj tłumaczenia robią się ciekawsze niż mogłoby się wydawać.

Bo przestajemy właściwie rozmawiać o językach.

Rozmawiamy o zaufaniu.

Ktoś przychodzi do urzędu z kartką zapisaną w języku, którego urzędnik kompletnie nie rozumie. A mimo to na podstawie tej kartki państwo ma udzielić ślubu, przyznać obywatelstwo, uznać wykształcenie, wpisać człowieka do rejestru albo wydać mu inne dokumenty.

Każde państwo musi więc stworzyć jakiś mechanizm pozwalający powiedzieć:

„Dobrze. Wierzymy, że to naprawdę znaczy właśnie to”.

I odpowiedzi są fascynująco różne.

W Polsce budujemy zaufanie poprzez wcześniejsze państwowe sprawdzenie tłumacza.

W Ukrainie ważnym ogniwem staje się notariusz.

We Włoszech — osobista przysięga dotycząca konkretnego przekładu.

W Wielkiej Brytanii w wielu sytuacjach — podpisana deklaracja tłumacza i jego odpowiedzialność.

W Japonii w określonych procedurach można rozdzielić osobę przygotowującą przekład od organu, który go poświadcza.

W Indiach kompetencje związane z przekładem może mieć również notariusz.

Kolumbia wykorzystuje do potwierdzania kompetencji uprawnione instytucje szkolnictwa wyższego.

Singapur dopuszcza różne łańcuchy uwierzytelnienia.

A Tajlandia pokazuje jeszcze jedną możliwość: wydajmy dokument od razu w języku, który będzie zrozumiały za granicą.

Nie powiedziałbym, że któryś z tych systemów jest po prostu najlepszy. Każdy wyrósł z innej tradycji prawnej i administracyjnej i każdy ma swoje koszty oraz zalety.

Ale wszystkie pokazują coś ciekawego: biurokracja też jest częścią kultury.

A co z dokumentem, który naprawdę chcemy złożyć za granicą?

Tutaj kończy się podróż po kulturach, a zaczyna bardzo praktyczny problem.

Polskie „tłumaczenie przysięgłe”, brytyjskie „certified translation”, włoska „asseverazione” czy kolumbijska „traducción oficial” nie są czterema nazwami dokładnie tej samej rzeczy.

Dlatego przy dokumentach przeznaczonych za granicę warto najpierw ustalić:

gdzie dokument będzie składany, do jakiej instytucji trafi i czego ta konkretna instytucja wymaga.

Dopiero później należy zdecydować, jaki rodzaj tłumaczenia i poświadczenia zamówić.

W mTlumaczenia.pl zajmujemy się tłumaczeniami przysięgłymi i specjalistycznymi oraz współpracujemy z tłumaczami wielu języków. Jeśli dokument ma trafić za granicę, warto więc od razu powiedzieć nam, gdzie i w jakim celu będzie używany.

Bo pytanie:

„Czy potrzebuję tłumaczenia przysięgłego?”

nie zawsze jest właściwym pytaniem.

Czasami znacznie lepsze brzmi:

„Komu musi zaufać urząd, który dostanie mój dokument?”

I jak widać, świat znalazł na to zaskakująco wiele odpowiedzi.

Zaufali nam
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
  • Nasi klienci
Pobierz ofertę:

Nasi klienci

Certyfikat Rzetelności:

Social Media:

mTłumaczenia.pl

Nasze biuro tłumaczeń to:

  • Ponad 60 lat doświadczenia
  • Przetłumaczone ponad 1.500.000 stron
  • Ponad 130.000 zadowolonych klientów

mTlumaczenia Wrocław

Bałuckiego 10/1 50-034 Wrocław

(+48) 71 796-40-90

mTlumaczenia Warszawa

Al. Jerozolimskie 65/79, lok. 3.190 00-697 Warszawa

(+48) 22 692-41-47

mTlumaczenia Poznań

pl. Wielkopolski 3/27 61-746 Poznań

(+48) 61 851-51-03

mTlumaczenia Szczecin

Wojska Polskiego 56/4 70-477 Szczecin

(+48) 91 43-43-556

2026 © Biuro tłumaczeń mTlumaczenia.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone | Mapa strony